Tak kończy się nasza przygoda z Walden – miejscem nowych doświadczeń, pięknych widoków, dzikiej przyrody i… restauracji.
Następnego dnia Roy przyjeżdża po nas do Moose Creek. Jemy śniadanie i opuszczamy Walden. Po przejechaniu pierwszych kilku mil nasz dobroczyńca pyta, czy będąc tyle czasu w Kolorado widzieliśmy Rocky Mountain National Park. Gdy dowiaduje się, że nie mieliśmy okazji radośnie mówi, że pojedziemy w takim razie przez środek parku. W prawdzie to sporo dodatkowych mil do przejechania a za benzynę nie chce od nas ani grosza, ale zależy mu bardzo na tym, żeby pokazać nam tę część swojego kraju. Tym sposobem mamy możliwość zwiedzenia jednego z piękniejszych miejsc w przemiłym towarzystwie. Roy to 22 letni State Truper in spe. Obecnie na dłuższych wakacjach przed rozpoczęciem Akademii. Przez ostatnie tygodnie odbywał on samotną podróż robiąc dokładnie tę samą trasę jaką zaplanowaliśmy dla siebie. Ma więc dla nas mnóstwo wskazówek, rad i… kolejnych niespodzianek.
Ilekroć udaje się złapać WiFi mój telefon krzyczy do mnie, że w Glenwood Canyon (naszym pierwszym przystanku po odebraniu auta) jest spora burza. Jeszcze dzień wcześniej w okolicach widziano niewielkie tornado. Wystarczy by mocno mnie wystraszyć przed pierwszą nocą w namiocie. Dodatkowo robi się późno, gdyż musimy czekać na auto i zrobić odpowiednie zakupy. Roy widząc moje zaniepokojenie rzuca lekko – może chcecie spać u Pam, w górach, tam gdzie się zatrzymałem? Nie dość, że nie miałam pojęcia, że mieszkał On tak daleko od Walden i jeździł w te i we w te, żeby nas odwiedzić, odebrać itd. to jeszcze jego propozycja jest dla nas zbawienna. W ten oto sposób poznajemy Pam i jej uroczy mały domek, wysoko w Górach Skalistych.
Oboje przyrządzają nam rano pyszne śniadanie i gdy już zaczyna mi się robić smutno na myśl o rozstaniu Roy mówi, że nie widział Wiszącego Jeziora w Glenwood, a do powrotu do domu ma jeszcze czas. Nasza wspólna przygoda trwa więc dalej.
Zanim jednak wyjechaliśmy od Pam, w rozmowie wyszło, że nigdy nie żyliśmy wcześniej na kempingu. Jest to spore zaskoczenie, ale również powód do kolejnych rad i niespodziewanych gestów. Roy postanowił ponownie ułatwić nam zbliżające się tygodnie i podarował przenośną lodówkę oraz wielki atlas samochodowy (nie mieliśmy GPSu, ani Internetu w zasadzie nie wiem jak planowaliśmy się poruszać po Stanach, ja jak zwykle polegam w tej kwestii na J :)).
Nie chcę wpadać w zbyt duży patos, ale w postaci Roy’a było coś niezwykłego. Nie tylko ułatwił, czy umożliwił nam wiele rzeczy, ale również był kimś kto (przypadkiem?) spełniał każde nasze życzenie. Potrzebowaliśmy kupić sportowe sandały – bez zbędnych rozmów zabrał nas do outletu, gdzie w pół godziny dokonaliśmy zakupu. Przez większość drogi mówiłam jak bardzo brakuje mi polskiej kuchni i gdy dojechaliśmy do Glenwood Springs Roy (przypadkiem?) zaparkował pod jedyną jaką do tej pory wiedzieliśmy w Stanach – polską restauracją serwującą pierogi ruskie, kiełbasę z grilla i schabowego :) Taka to dziwna postać ten Roy. Finalnie został z nami do ostatniej swojej wolnej chwili i uciekł na wschód na zjazd rodzinny.
Było to niezwykłe doświadczenie. Prawdą jest jednak, że im bardziej otwierasz się na ludzi, tym bardziej oni otwierają się na Ciebie i są gotowi pomóc Ci w wielu sytuacjach. Bycie „podróżnikiem” zmienia to jak jesteś postrzegany przez innych. Kilkakrotnie słyszałam już też, że jeśli chcę się odwdzięczać, to nie w stosunku do dobroczyńcy, tylko w stosunku do innej, napotkanej osoby, która np. będzie potrzebować przenośnej lodówki.
Pozostaje nam jedynie powiedzieć: Dziękujemy :)
Marta
