Uwielbiam nasz „domek”. Daje mi schronienie i wolność jednocześnie, dzięki czemu mogę codziennie budzić się gdzie indziej. Owszem – jest twardo, gdyż nie mamy dmuchanych materacy, jest zimno nocami (mamy tylko lekkie śpiwory) i bywa gorąco rano, ale wszystko to nie ma znaczenia. Bliskość natury jest tego warta.
Sypiamy w różnych miejscach, unikamy jednak tych płatnych – 30$ za skrawek ziemi, na którym chcemy się rozbić raptem na kilka godzin, kłóci się z moim poczuciem wolności i sensem całego przedsięwzięcia. W USA nie jest łatwo znaleźć „ziemię niczyją”, ale czasem się udaje (m.in. The Bureau of Land Management), a czasem trzeba kombinować.
Któregoś dnia zmęczeni poszukiwaniami podjechaliśmy do rozmawiających ze sobą mieszkańców małego miasteczka. Podeszłam do mężczyzny, który stał na swoim terenie (duży ogród ze starymi sekwojami) i zapytałam czy zna jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy się rozbić za darmo. Z uśmiechem na twarzy pokazał nam swój ogród. Po nocach z kojotami i misiami tuż obok namiotu, czyjś ogród był dla nas idealnym schronieniem. Dodatkowo Tom, nasz gospodarz, okazał się niesamowitym człowiekiem, ale to już zupełnie inna historia.
Jest coś absolutnie wyzwalającego w spaniu na łonie natury, zgodnie z porami dnia i nocy, kąpielach w zimnych, górskich potokach i jedzeniu kolacji prosto z ogniska (niekoniecznie świeżo upolowanej). Ci, którzy mnie ciut znają, wiedzą, że bliższe mi zawsze były pokoje hotelowe i długie, ciepłe prysznice. Sama się sobie dziwię, że wszystko to sprawia mi tak niesamowitą radość i jakąś dziwną satysfakcję. Dobrze mi z tym koczowniczym trybem życia, z niewiedzą gdzie śpimy kolejnej nocy itd. Będąc w 2012 r. w Nowej Zelandii, gdzie nie występują na wolności żadne drapieżniki, a my jeździliśmy wozem kempingowym, bałam się bardziej niż w środku amerykańskiego lasu pełnego niedźwiedzi i pum.
Tym samym mogę z czystym sumieniem powiedzieć po raz drugi – dowiedziałam się o sobie czegoś nowego i przekroczyłam pewne dotychczasowe bariery. Największe wyzwanie jednak przede mną – Ameryka Południowa to znacznie więcej niż misie. Ciekawa jestem co to będzie.
Marta
