Nie mogę pisać

Marta mi mówi, że już ponad miesiąc upłynął od ostatniej publikacji, ale nie mogę się zebrać. Nie wiem, o czym miałbym pisać.

O Peru? Taniej niż w Polsce, choć niewiele, ludzie patrzą na Ciebie i traktują Cię, jak chodzący portfel wypchany dolarami, próbując zrobić w balona na każdym kroku; poza zadbanymi starówkami miasta są paskudne - na zakurzonych ulicach watahy bezpańskich psów walczą z bezdomnymi ludźmi, w porzuconych na środku ulicy śmieciach, o resztki jedzenia (autentyczne sceny z Cusco, dawnej stolicy imperium Inków).

Machu Picchu jakie jest, każdy wie, bo zdjęcie ukazujące ten jeden z nowych siedmiu cudów świata jest chyba jednym z najbardziej rozpoznawalnych zdjęć w ogóle. Faktem jest, że precyzja wykonania budynków wzbudza podziw dla dawnej cywilizacji, a widok na góry i dolinę zapiera dech… albo nie, sam już nie wiem. Chyba za dużo widziałem w ostatnim czasie, zabrakło mi tchu przez ten zaparty dech.

Od sierpnia do listopada byliśmy w ciągłej podróży. Niemal codziennie spaliśmy w innym miejscu, najdłużej zostaliśmy w jednym hoteliku w Kolumbii, bodaj 4 noce, ale kiedy to było? Takie tempo pozwala na zobaczenie więcej, ale ma też swoje wady. Na przykład moja głowa powiedziała do ciała, że jest stres, dużo za dużo stresu, więc ciało postanowiło dać mi o tym znać, wytwarzając na łokciach swędzącą wysypkę. Myślałem, że to uczulenie, jakaś reakcja alergiczna na ciągłe zmiany jedzenia i wody - w ciągu miesiąca, października, pokonaliśmy ok. 6000 km podróżując przez dwa kraje, wiele nocy spędzając w autokarach. Od dwóch tygodni jesteśmy w Meksyku u mojej siostry – mamy dach nad głową, ciepłe obiadki, pralkę! Poszedłem do lekarza, który potwierdził, że wszystko siedziało w podświadomości, głęboko w mojej głowie. Plamy na rękach zniknęły, zostałem uzdrowiony wygodnym łóżkiem i kilkoma „tacos”.

Ameryka Południowa nie jest łatwa do podróżowania z plecakiem. Jasne, wsiąść w samolot, polecieć „na gotowe” do eleganckiego hotelu, mieć załatwione wszystkie wycieczki – żaden problem! Ale zagłębić się w to, organizować na własną rękę, droczyć z tubylcami – to już inna bajka.

Ameryka Południowa wymaga. Nie daje nic za darmo. Wysysa energię w zamian za najpiękniejsze widoki jakie do tej pory mieliśmy okazję oglądać. Wiem, że wiele osób podróżuje po tym kontynencie miesiącami i chętnie tutaj wraca, ale my mieliśmy dosyć. Może narzuciliśmy sobie zbyt duże tempo, może zbyt mocno spinaliśmy się wydatkami, noclegami, problemami fizycznymi (Marcie wysiadło kolano), nie takim traktowaniem, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie (zdarzyło się, że pracownicy kawiarni mówili, żebyśmy poszli w inne miejsce, bo im się nie chce pracować, natomiast kierowca wiozący nas do Machu Picchu dzwonił z trasy do szefa narzekając na turystów, którzy ośmielili się zwrócić mu uwagę na prędkość z jaką pokonuje zakręty)… może po prostu nie nadajemy się do tej części świata. Przemieszczanie się utrudniają odległości, brak dróg, strajki, niebezpieczeństwa, o których na szczęście tylko słyszeliśmy od innych, nie doświadczając ich na własnej skórze; utrudniają sami mieszkańcy i niektóre, zupełnie niezrozumiałe zasady, jak np. bilet turystyczny na atrakcje wokół Cusco – nawet jeśli chcesz zobaczyć tylko jedną z nich, musisz wykupić wejściówkę na wszystkie.

Peru i Boliwia wymagają jeszcze jednej ważnej rzeczy – dużej sprawności fizycznej. Jeśli chcesz zobaczyć więcej, doświadczyć pełniej, a przy okazji taniej, musisz liczyć się z nie lada wyzwaniami. Wejście na MP daje dużą satysfakcję, ale również spore zakwasy. Natomiast Colca Canyon i trzydniowy szlak, to już prawdziwa wyprawa.

Niestety niewiele udało nam się zobaczyć „przypadkiem”, bez wcześniejszego planowania i sprawdzania – raz z miejscowości Urubamba postanowiliśmy piechotą przejść się do Maras przez góry i kopalnię soli. Byliśmy jedynymi osobami na szlaku i było to piękne. Większość atrakcji oglądaliśmy jednak w zorganizowanych grupach, poznając przy tym wspaniałych ludzi. Nie do końca lubimy i potrafimy odnaleźć się na tego typu wycieczkach, choć prowadzą one docelowo do miejsc tak wspaniałych, że ciężko jest je opisać słowami. Ale o tym następnym razem, jak znajdzie mnie wena.

Jędrek (i trochę Marta, bo ja jakoś nie mogłem)
Trwa ładowanie komentarzy...