NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Peru i Boliwia - fakty i mity

Z uwagi na skrajne emocje, mnogość doświadczeń i nieskończoną ilość przemyśleń, które ciężko jest zebrać w całość, tekst o krajach Ameryki Południowej postanowiliśmy ograniczyć do pewnych wskazówek, dla osób chcących się tam udać. W kolejnych akapitach znajdziecie garść informacji na temat naszych podróży, wraz z poradami, które być może ułatwią Wam Wasze zwiedzanie.

W Peru wylądowaliśmy na samym początku października. Lotnisko w Limie, mimo że owiane złą sławą, wyglądało jak każde inne. Jedno co się zgadza, to absurdalnie drogie taksówki. Aby zminimalizować koszty zagadaliśmy z młodą parą podróżników jeszcze przed wejściem do samolotu. Zgodzili się jechać z nami i podzielić koszt podróży. W zasadzie wszyscy turyści jadą do dzielnicy Miraflores, więc znalezienie towarzystwa do wspólnego przejazdu nie powinno być trudne. Następnego dnia po przylocie wsiedliśmy do autokaru do Cusco. Bilety na podróż Cruz del Sur najlepiej jest kupować przez internet, z kilkudniowym wyprzedzeniem – można wówczas liczyć na promocje i naprawdę niskie ceny. W zasadzie jest to jedyna rzecz, którą w tych krajach warto kupować przez internet. Wszystkie pozostałe, takie jak noclegi, wejściówki do parków i in. zdecydowanie lepiej (taniej) załatwiać na miejscu, negocjując. Miejscówka w autokarze nie ma znaczenia, bo autobus jest przeważnie pusty i można się przesiąść. Nie warto korzystać z oferty firmy Hop Peru (tudzież Hop Bolwia), która działa tak: kupujesz jeden bilet i wysiadasz i wsiadasz kiedy chcesz, do kolejnych autobusów jeżdżących po stałej trasie. Lokalne autokary, ku naszemu zaskoczeniu, oferują bardzo wysoki standard (klima, tv, wi-fi, toaleta), a są o wiele tańsze.

Cusco – poza starówką niewiele ma do zaoferowania. Warto natomiast wybrać się na wycieczkę po okolicznych atrakcjach. Należy wówczas kupić jeden bilet upoważniający do wejścia na siedem obiektów. Nie da się kupić pojedynczego biletu, nie wiedzieć czemu. My, oczywiście po swojemu, wsiedliśmy w busik o Urubamby, skąd tuk-tuk zabrał nas za równowartość kilku złotych do początku przepięknego szlaku, którego głównym punktem jest nadal czynna kopalnia soli. Miejsce to nie jest wliczone w wyżej opisany bilet (również nie wiedzieć czemu). Szlak kończy się w mieścinie Maraz, w której próżno szukać restauracji, czy nawet sklepu – lepiej zabrać ze sobą dużo wody, banany i batony energetyczne, bo kolacja znajdzie się dopiero z powrotem w dawnej stolicy Inków.

Machu Picchu. Wybór agencji w zasadzie nie ma znaczenia, bo w rzeczywistości jest dwóch, czy trzech operatorów, którzy faktycznie posiadają środki transportu, przewodników, licencje itd. Pytanie, które należy sobie zadać, to „Jak chcę tam dotrzeć?” Do wyboru są: drogi pociąg, lub tani busik. Jeśli Cię stać, to zdecydowanie lepiej wybrać opcję pierwszą – jest szybciej, bezpieczniej, przyjemniej. Podróż busikiem była uciążliwa i męcząca. Szalony kierowca pokonywał górskie serpentyny z zawrotną prędkością, doprowadzając kilka osób do… odkrycia w sobie choroby lokomocyjnej. Co więcej, ostatnie kilometry pokonuje się na piechotę, idąc wzdłuż torów przez ok 3 godziny.

Kolejny dylemat jest rano: wjeżdżać autobusem na szczyt za 12$ w jedną stronę, czy wspinać się przez godzinę po stromej ścianie? Zgadnij, na co się zdecydowaliśmy…
Widok wyłaniających się z mgły szczytów gór, otaczających ruiny miasta, pozwolił nam zapomnieć o przepoconych koszulkach. Mimo tłumu ludzi – warto.

Osoby, które zdecydowały się na dwudniową wycieczkę musiały schodzić już koło południa, by ok. 15 złapać busik powrotny. My, na szczęście, wybraliśmy opcję trzydniową, dzięki czemu mogliśmy spędzić na szczycie cały dzień. W miasteczku Aguas Calientes, leżącym u podnóża Machu Picchu, można znaleźć tani nocleg w przyzwoitych warunkach, dlatego zdecydowanie polecamy 3 dni zamiast dwóch.

Na terenie MP jest zakaz spożywania jedzenia i picia, ale nie należy się tym przejmować i zabrać ze sobą zapas na cały dzień. Na górze co prawda jest kawiarnia, ale ceny są astronomiczne.

Dostępne są bodaj 3 rodzaje biletów na MP. Różnią się od siebie tym, że jeden jest podstawowy (w ramach którego można zobaczyć, poza samymi ruinami miasta, Słoneczne Wrota i Most), drugi upoważnia do wejścia na pobliską górę, a trzeci na charakterystyczne wzgórze tuż przy dawnym mieście).

Copacabana – boliwijska mieścina leżąca tuż przy granicy z Peru, nad ogromnym jeziorem Titicaca, słynie z pobliskich wysp, na których znajdują się trzcinowe domki i jakieś ruiny inkaskiej cywilizacji. Ponieważ spotkaliśmy tam parę, z którą jechaliśmy w Limie taksówką, nie udało nam się do wysp dopłynąć – bar z muzyką na żywo bardziej nas przekonał, niż oglądanie kolejnych ruin. Miasteczko samo w sobie nie ma wiele do zaoferowania. Wdrapaliśmy się na górkę, z której podziwialiśmy fantastyczne gwiazdy. Będąc w miejscu położonym nad wodą warto wybrać hotel z odpowiednim widokiem. Zdecydowaliśmy się na „Mirador” (elmiradorhotel@hotmail.com)- zachody słońca podziwiane z piątego piętra były przepiękne.

UWAGA – pieniądze najlepiej wymienić na granicy u babuleńki, gdyż ma ona najlepszy kurs; znacznie korzystniejszy, niż kantory w miastach.

La Paz – najwyżej położona stolica świata (ok. 4000 m n.p.m.) pozytywnie nas zaskoczyła. Kolonialna starówka ma znakomity klimat, jest bezpiecznie i przyjemnie. Można tam znaleźć kuchnie z całego świata. Nie warto brać taksówki, bo z dworca „PKS” idzie się 10 minut do głównego placu, a po drodze można znaleźć przyzwoity nocleg za rozsądne pieniądze (taniej, niż na starym mieście). Tam też skorzystaliśmy z hotelu Avenida (http://www.hotelavenida.com.bo/). Podczas spaceru po wąskich uliczkach kupiliśmy bilety na pociąg z Oruro do Uyuni (o tym poniżej). Następnie wybraliśmy się do bodaj największego parku w mieście – roztaczał się z niego widok na niemal całą aglomerację. Nowoczesne kładki, wyremontowane alejki i boiska, miejsca do grillowania… W Warszawie też by się przydał taki park.

Do La Paz trafiliśmy jeszcze w drodze powrotnej z południa kraju do Peru. Zaskoczył nas wówczas strajk, który totalnie sparaliżował ruch autokarowy. Zmuszeni byliśmy zostać tam jedną noc dłużej. Wniosek – na wszelki wypadek miej dzień zapasu. Podobno strajki zdarzają się często i są niezapowiedziane.

Istnieją dwa sposoby aby dotrzeć do słynnej pustyni solnej niedaleko Uyuni. Można ze stolicy wsiąść w autobus bezpośrednio, lub do miejscowości Oruro, oddalonej o trzy godziny drogi, a stamtąd pociągiem kolejnych 7 godzin. Zdecydowaliśmy się na kolej, żeby odpocząć trochę od jazdy autokatem. Warunki były przyzwoite, a jedzenie w wagonie restauracyjnym tanie i nawet dobre. Dodatkowym atutem były nieprawdopodobne widoki – tory biegły przez sam środek jeziora, niemal na jego poziomie. Wrażenie było takie, jakbyśmy jechali po wodzie. Spłoszone hałasem flamingi odlatywały na wszystkie strony, szukając schronienia w zaroślach. Bilet kosztował 60 B$ i kupiliśmy go z dnia na dzień, bez uprzedniej rezerwacji, w kiosku należącym do kolei, pół godziny spacerem od centrum La Paz. Odjazdy są 4 razy w tygodniu.

Uyuni – małe miasto położone na pustyni. Jest tam brzydko i absurdalnie drogo, dlatego im krócej tam będziesz, tym lepiej. Niemniej stąd ruszają wyprawy, więc wyjścia nie ma – trzeba tu chwilę zamarudzić. Wybór agencji w zasadzie nie ma znaczenia, bo operatorów jest kilku (podobnie jak w przypadku Machu Picchu), a warunki oferowane przez nich są podobne. Za ok. 100 dolarów amerykańskich od osoby wykupiliśmy trzydniową wycieczkę (żałuję, że nie dłuższą, bo mało nam było!). Wliczony był transport rozklekotaną toyotą 4x4, jedzenie (dobre i wystarczająco dużo), noclegi, kierowco-przewodnik. Niewliczony był natomiast bilet wstępu do parku narodowego (300 B$/os.) i wejście na górkę pełną kaktusów (chyba 30 B$, ale już nie pamiętam). O ile na górkę wchodzić nie trzeba, o tyle opłaty za wejście do parku nie da się uniknąć. Nie warto wierzyć w zapewnienia biura turystycznego. My mieliśmy mieć angielskojęzycznego przewodnika, jechać innym samochodem i z innymi ludźmi, a także mieć ciepłe prysznice w miejscach noclegowych. Cóż…
Warunki były spartańskie, ale widoki – niezapomniane. Nie sądziłem, że coś mnie jeszcze zaskoczy, ale to, co zobaczyłem w Boliwii powaliło mnie na kolana. Warto się przemęczyć te kilka dni. Koniecznie trzeba naciskać na kierowcę, żeby zostać w każdym z miejsc dłużej o 10-15 minut, niż on mówi – on zna trasę na pamięć i chce jak najszybciej dojechać do noclegu i ma w nosie, czy się nasycisz widokami, czy nie. Będzie zatem kłamał, że droga daleka i zła, ale tak naprawdę czasu jest wystarczająco, żeby wszystko zobaczyć na spokojnie.

Po zakończonej przygodzie na bezludziach południowej Boliwii pojechaliśmy nocnym autokarem z Uyuni do La Paz. Stamtąd kolejnym do peruwiańskiego miasta Arequipa. Poza tym, że jest to całkiem ładne miasto, w dużej mierze wykonane z charakterystycznego dla regionu, białego kamienia, jest to również baza wypadowa do kanionu Colca. Z czystym sumieniem możemy polecić agencję Mochilas VIP (http://www.mochilasvip.com/) – w końcu sprawdziło się to, co nam obiecano. Było szybko, sprawnie i konkretnie. Wyprawa zaczyna się o 3 nad ranem – bus pełen turystów jedzie kilka godzin do miejsca, z którego przy odrobinie szczęścia podziwiać można kondory olbrzymie – majestatyczne ptaki szybujące w kominach gorącego powietrza. Następnie zaczyna się kilkugodzinne zejście w dół wąwozu. Ciekawostka – kanion ten jest najgłębszy na świecie i odkryli go Polacy :) Na dnie znajduje się malutka wioska położona na zboczu góry. Tam zostaliśmy na noc. Następnego dnia ruszyliśmy dalej, ale już niemal po płaskim, do oddalonej o trzy godziny marszu oazy. Tutaj, po odpoczynku w basenie, relaksowaliśmy się przy niedrogich drinkach. W tym miejscu miałem okazję ćwiczyć jogę po raz pierwszy.

Następnego dnia start o 5 rano. Trzygodzinna wspinaczka okazała się łatwiejsza, niż przypuszczałem, zapewne dlatego, że słońce było jeszcze nisko i nie było nieznośnego upału. Ci, którzy nie mają siły wejść, mogą sobie wykupić osiołka za 60 Soli (ok 80 zł). Reasumując – zdecydowanie lepiej wziąć wycieczkę na 3 dni, żeby mieć z całego przedsięwzięcia więcej przyjemności. Różnica w cenie jest minimalna między opcją dwu-, a trzydniową. Warto mieć ze sobą wygodne buty, dużo wody, ubrania na każdą pogodę (wieczorami jest chłodno, w dzień upalnie).

Ostatnim przystankiem w Peru było miasto Ica. O ile samo w sobie nie jest ciekawe, to okolica jest super – wielka, piaszczysta pustynia. Tym razem zostaliśmy w hotelu Villa Jasmin (http://www.villajazmin.net/es/index.html), który położony był bezpośrednio przy wydmie; widok z okna niecodzienny. Trochę pochopnie wykupiliśmy wycieczkę za 40 Soli, zamiast samemu sobie pojechać do pobliskiej oazy i kupić podróż samochodem typu buggy. Godzina szaleństwa na wydmach tym terenowym wehikułem dostarcza wrażeni niemal jak rollercoaster. W międzyczasie kierowca daje deski, na których można pozjeżdżać z gór piachu. Zabawa przednia.

Podsumowując Amerykę Południową:
- Mimo fenomenu El Nino (lub dzięki niemu) pogoda była wszędzie dobra (październik)
- Targuj się ZAWSZE i o wszystko. Bez problemu zaoszczędzisz 20-30% swoich pieniędzy
- Nie daj się robić w balona – często panie w restauracjach doliczały 5% za fakt płatności kartą. Ponieważ nigdzie takiej informacji nie było (ani w menu, ani na ścianie, nigdzie), mówiliśmy, że zapłacimy tle, ile jest na rachunku i ani grosza więcej. Zawsze udawało nam się postawić na swoim
- Zorganizowane wycieczki opłacają się bardziej, niż zwiedzanie na własną rękę – różnica w cenie to zazwyczaj kilka procent, a masz święty spokój i wszystko załatwione
- Bilety z Limy gdziekolwiek są o wiele tańsze, niż z La Paz
- Nie jest tak niebezpiecznie, jak się mówi. Nie świeć telefonem, nie noś przy sobie za dużo gotówki, nie wchodź do ciemnych zaułków pytać o drogę, Rollexa zostaw w domu, nie wkładaj palców do kontaktu… Myśl, a nic Ci się nie stanie.
Polecamy! :)

Jędrek
Trwa ładowanie komentarzy...