O autorze
Postanowiliśmy wyjechać, zobaczyć świat. Tyle, ile się da! Na blogu dzielimy się swoimi doświadczeniami, przemyśleniami, czy zdjęciami.
https://www.facebook.com/koniecswiata4/

Realna utopia

Kiedy byłam mała ciągle słyszałam od mojego taty, że świat trzeba zobaczyć i że fajnie byłoby gdybym pewnego dnia zadzwoniła do niego mówiąc, że nie wrócę prędko bo znalazłam się w Nowej Zelandii. Nie wiem, czy mówił o Państwie Kiwi gdyż jest to jedno z najbardziej oddalonych od Polski miejsc, czy dlatego, że wydawało się takie niedostępne. Na dobrą sprawę nie wiem nawet, czy chodziło mu o zwiedzanie świata, czy zwykłe pozbycie się córki ;) w każdym razie tak właśnie mówił.

Stało się to po części przyczyną dążenia do tego by w owym kraju się znaleźć. Później pojawiły się filmy Jacksona, które jedynie spotęgowały tę chęć.

Na przestrzeni lat kilkakrotnie podejmowałam próbny wyjazdu, ale dopiero w 2012 udało mi się owo marzenie spełnić. Razem z J mieliśmy pełne 3 tygodnie i wynajęty na ten czas wóz kempingowy. Miałam olbrzymie oczekiwania. Przed wyjazdem czytałam i oglądałam wszystko co było na temat Nowej Zelandii. Mieliśmy dokładnie zaplanowaną trasę, dzień po dniu. Wówczas nie dość, że kraj Kiwi sprostał moim oczekiwaniom, to jeszcze mocno je przerósł. Byliśmy absolutnie pochłonięci tak pięknem tej krainy, jak i poszanowaniem dla owego piękna przez mieszkańców i rząd. Obiecaliśmy sobie, że tu wrócimy.

Minęły trzy lata i oto jesteśmy. Różnimy się bardzo od tej Marty i Jędrka, którzy przyjechali tu za pierwszym razem. Nie dość, że sami mocno się zmieniliśmy, to jeszcze sposób w jaki podróżujemy jest różny. Nie mamy ani wozu kempingowego, ani konkretnego planu, za to… mamy czas.

Pierwsze dwa tygodnie spędziliśmy na zwiedzaniu rejonu położonego na północ od Auckland. Są co najmniej dwa powody, dla których zdecydowaliśmy się na to po wylądowaniu. Po pierwsze – nie udało nam się to w 2012 roku, po drugie - jest tu zwyczajnie cieplej niż w pozostałych regionach a my mamy bardzo cienkie śpiwory.

Nie będę opisywała całej podróży, czy wielu poszczególnych przygód. Zależy mi na tym by oddać panujący tu klimat. Pokazać z czym mieliśmy szczęście się zetknąć.

Moja teoria odnośnie tego zakątka jest prosta – Nowa Zelandia to w rzeczywistości Shire. Oddalony od reszty świata, od „wielkich wydarzeń”, od… wszelkiego zła.

Zastanawiałam się czy przyjazd tu to dobry pomysł. W końcu tyle nieznanego świata przede mną, czemu wracać tam, gdzie już byłam. Czy Nowa Zelandia może mnie jeszcze czymś zaskoczyć – widziałam wiele, czytałam jeszcze więcej. Podjęłam dobrą decyzję. Znów jej się udało! Tym razem jednak nie mówię tu o zapierających dech w piersiach widokach, o różnorodności ptaków, czy bezpieczeństwie jakie płynie z faktu braku drapieżników na wyspach. O tym wiedziałam, to się nie zmieniło. ALE LUDZIE! MIESZKAŃCY!

Jeżdżąc po wyspach i zwiedzając dalekie ich zakątki w 2012 roku nie mieliśmy zbyt dużo do czynienia z innymi. Zamknięci w „swoim domku” jak nazywałam kampera, byliśmy niezależni, ale też sami. Tym razem sytuacja jest inna. Podróżujemy stopem, na każdym kroku poznajemy Kiwi. Tych brytyjskich i Maorysów i wszyscy oni, bez wyjątku, absolutnie nas zadziwiają. Przywiązanie do ziemi, poszanowanie dla natury (jak inne od tego w Ameryce Południowej), świadomość pochodzenia, ufność, niesamowita gościnność i najzwyklejsza w świecie dobroć to tylko część z ich pozytywnych cech.

Nie zdarzyło nam się na przestrzeni ok. 1000km jakie zrobiliśmy, czekać na stopa dłużej niż 10 minut. Każdy kolejny kierowca to kolejna, piękna historia. Przytoczę dwie:

Starsza pani zatrzymała się by nas zabrać mimo iż wcale nie łapaliśmy jeszcze stopa. Wzięła nas do siebie do domu by pokazać mapę a następnie zawiozła do parku, gdzie pilnowała naszych rzeczy, spacerując z psem, w czasie gdy my pokonywaliśmy piękny szlak.

Mężczyzna zabrał nas z drogi by zawieźć bezpieczniejszą trasą. Po chwili rozmowy zaproponował nam nocleg u siebie, poczęstował piwkiem i zaoferował pożyczenie swojego wozu kempingowego na kilka dni „żebyśmy byli w stanie zwiedzić więcej i wygodniej”.

Nikt niczego nie oczekuje w zamian. Jest to dla nich zachowanie zupełnie naturalne. My nie możemy się nadziwić jednym, a następnego dnia spotyka nas już kolejne zaskoczenie. Gdy opowiadaliśmy o naszym szoku pewnemu Kiwi, odpowiedział że ma nadzieje spotkać się z czymś podobnym gdy będzie w Europie. Obawiam się jednak, że to mało prawdopodobne. My sobie nie ufamy; w USA łapanie stopa jest zabronione, bo zbyt dużo było złych historii z tym związanych. Boimy się siebie nawzajem, jesteśmy zamknięci. Ich stosunek do drugiego człowieka jest prawdziwie życzliwy (nie jest to maniera, czy „dobre wychowanie”). Są ciepli, pomocni i czują bardzo dużą przynależność (do ziemi, ale również do siebie nawzajem).

Tworzą niewielkie społeczności, w których wszyscy wszystkim się dzielą – doświadczeniami, radami, umiejętnościami. Wszystkim. Brzmi jak utopia, a istnieje naprawdę. Oczywiście generalizuję, jest pewnie też garstka „tych złych”. Zdarzają się drobne kradzieże, napady i in. Tego nie da się chyba całkiem wyeliminować. Poza tym jest to ułamek.

Wszystkie powyższe aspekty są pochodną ogólnego odizolowania. Ma ono również swoje złe strony. Czas płynie tu powoli, niezależnie od innych miejsc na ziemi. Kiwi są niepodobni zupełnie do nikogo (może poza Hobbitami) i z uwagi na to młodzi często „uciekają” do Australii, gdziekolwiek, byle… bliżej świata. Czuć unoszącą się w powietrzu, bliżej niesprecyzowaną samotność. Kilka osób powiedziało nam jednak wprost, że byli gdzie indziej, widzieli, doświadczyli i… docenili swoje małe, odseparowane Shire.

Prawda jest taka, że gdyby cały świat wziął przykład z Nowej Zelandii żyłoby nam się lepiej.

Marta
Trwa ładowanie komentarzy...