Leżymy, nic się nie dzieje

Widoki na wyspie Waiheke są zdumiewające.
Widoki na wyspie Waiheke są zdumiewające.
„Takie łóżko, a taka dobra rzecz; To był świetny pomysł z tym łóżkiem; Jak ktoś chce sobie życie poprawić; To wystarczy poprawić poduszkę” - Andrzej Poniedzielski

W końcu udało nam się odpocząć i naładować baterie. Nie sądziłem, że tyle czasu nam to zajmie, ale najwyraźniej tego potrzebowaliśmy.

Do Nowej Zelandii przylecieliśmy 3-go grudnia. Od razu spróbowaliśmy szczęścia i udało nam się złapać stopa z lotniska do śródmieścia Auckland (po dziesięciu minutach zatrzymał się szofer w garniturze w nowym bmw 7). Dwa dni w tym największym mieście pozwoliły nam oswoić się z nową strefą czasową, w sumie nie tak różną od meksykańskiej (pięć godzin do tyłu, ale następnego dnia… ma to sens?). Zatrzymaliśmy się w ogromnym hostelu Base, który śmiało polecamy – pełen jest młodych podróżników, świetnych imprez, a do tego zlokalizowany w ścisłym centrum. Można tu zdobyć mnóstwo informacji na temat miasta, pracy sezonowej, kupić bilety na koncerty, itd.

Ponieważ żądni byliśmy przyrody, już po jednej nocy udaliśmy się na wschód od miasta. Przed siebie, bez planu, z małym zapasem jedzenia, z plecakami na plecach, z naszym schronieniem w postaci namiotu. Przygodę czas zacząć!

Łapanie stopa jest tu dziecinnie proste i działa lepiej, niż jakiekolwiek połączenia autobusowe – w dowolne miejsce można dostać się o wiele szybciej, niż autokarem, za darmo, a do tego poznać ludzi. I to jakich ludzi! Marta w poprzednim wpisie opisała jegomościa imieniem Martin, ale pozwolę sobie tutaj przytoczyć historię z nim związaną – otóż zabrał nas z pobocza pewnej drogi, gdyż uznał, że ta trasa nie jest najbezpieczniejsza, a że zbliżał się wieczór, to lepiej tamtędy nie jechać. Zaproponował, że zabierze nas okrężną drogą. Zaoferował nam nocleg u siebie w domu i… swój mały samochód kempingowy na kilka dni. Jak mielibyśmy wrócić z zamiarem zwrotu w momencie, gdy jego nie byłoby w domu, to klucz znajdziemy pod wycieraczką. A to wszystko po 15 minutach znajomości. Na dokładkę, przed snem, poczęstował nas piwem.

Dzięki temu znaleźliśmy się na północnym krańcu Nowej Zelandii – Cape Reinga. Po drodze odwiedziliśmy miejsce, które znamy z naszej wyprawy sprzed trzech lat: Paiha. Niewielkie miasteczko położone w zatoce pełnej wysepek, jest bazą wypadową dla wypraw podglądających delfiny. Trzy lata temu podróżowaliśmy wypożyczonym wozem kempingowym, teraz – z plecakami i namiotem. Ponieważ kemping trochę nas zmęczył, postanowiliśmy zostać na dwie noce w motelu Tui. Wygodne łóżko i aneks kuchenny były idealnym kompromisem – daliśmy odpocząć naszym ciałom od spania na twardych karimatach, a jednocześnie oszczędzaliśmy pieniądze gotując sobie obiady.

Po dwóch tygodniach tułaczki po Northland wylądowaliśmy na małej wysepce Waiheke, gdzie wcześniej byliśmy umówieni na kolejny, trzeci podczas całej podróży, wolontariat. Tym razem pomagamy w małym pensjonacie typu Bed & Breakfast. Jesteśmy tu od połowy grudnia. O ile praca nie jest fascynująca (przygotowujemy śniadania i sprzątamy pokoje), to mamy do dyspozycji rowery i kajaki i czasem zwiedzamy różne zakątki tej malowniczej krainy.

Prawda jest jednak taka, że większość wolnego czasu... leżymy na łóżku. Odpoczywamy. Nie chce nam się ruszać. Układ z obecnymi gospodarzami jest taki, że raz w tygodniu zabierają nas do supermarketu, gdzie sami wybieramy produkty, za które oni płacą. Po dziewięciu miesiącach oszczędzania, w końcu możemy sobie pozwolić na odrobinę rozpusty. Dlatego tyjemy, wcinając masę słodyczy do kawy. Na początku z wyrzutami sumienia, ale te na szczęście minęły, gdyż uświadomiliśmy sobie, że przed nami bodaj najtrudniejsza część wyprawy – trzy miesiące bez żadnej przerwy. Do tej pory robiliśmy dłuższe postoje co jakiś czas – dwa tygodnie w USA w Nowym Jorku i Chicago, po czym 6 tygodni w Walden. Dwa tygodnie w Kostaryce, następnie 4 tygodnie w ogrodzie botanicznym. Później dwa miesiące w Ameryce Południowej, żeby miesiąc regenerować siły w Meksyku. Jednak teraz leniuchujemy po raz ostatni. Przed nami cały kwartał bez postoju dłuższego, niż kilka dni. Dodatkowo poważnie zastanawiamy się nad rezygnacją ze zwiedzania Australii, żeby rzucić się oda razu w wir dzikiej Azji; mniej wydatków, ale niewątpliwie więcej stresu, a to na dłuższą metę po prostu wykańcza.

Dlatego od czterech tygodni korzystamy z miękkiego materaca, ładujemy baterie i przeglądamy internet, przy okazji zbierając informacje o krajach, które chcemy odwiedzić.

A przed nami jeszcze wiele do zobaczenia. Na samą myśl o kolejnych wojażach czuję przyjemny dreszczyk. Już się zasiedziałem, wypocząłem. Pora ruszać dalej. Ahoj, przygodo!


Jędrek
Trwa ładowanie komentarzy...