O autorze
Postanowiliśmy wyjechać, zobaczyć świat. Tyle, ile się da! Na blogu dzielimy się swoimi doświadczeniami, przemyśleniami, czy zdjęciami.
https://www.facebook.com/koniecswiata4/

Stara Nowa Zelandia

Glenorchy bez filtra
Glenorchy bez filtra
Zamykamy ten rozdział na dobre. Dwa razy odwiedziliśmy NZ w ciągu kilku lat i na razie wystarczy. Zobaczyliśmy chyba wszystko, co warte było zobaczenia.

Cieszę się, że tym razem udało nam się zrobić rzeczy, które trzy lata temu nie wypaliły: rafting w jaskiniach oraz szlak Tongariro. Po opuszczeniu wysepki Waiheke systematycznie kierowaliśmy się na południe, docierając do jaskiń Waitomo. Podczas ostatniego pobytu zwiedzaliśmy je jak „zwykli” turyści, podziwiając świecące robaczki z wnętrza łódki. Było to przeżycie, którego nigdy nie zapomnę, ale chcieliśmy to zrobić bardziej ekstremalnie – można wykupić sobie wyprawę dla grotołazów, w małej grupie, z dwoma przewodnikami. Rezerwacji należy dokonać przynajmniej na dwa dni przed wycieczką, o czym ostatnio nie wiedzieliśmy. Teraz, nauczeni doświadczeniem, od tygodnia odliczaliśmy dni do przybycia na miejsce. Podekscytowani ruszyliśmy w podziemne czeluści. Przeciskaliśmy się przez niezwykle ciasne szczeliny, bujaliśmy się na linowych huśtawkach nad przepaściami, których dna nie było widać w otaczającej ciemności, przechodziliśmy po mostach drabinowych nad rwącymi rzekami. Świetna sprawa!
Tongariro to inna bajka. Trzy lata temu byliśmy tam w listopadzie i przejście było zamknięte z powodu śnieżycy. Tym razem (w styczniu) pogoda dopisała. Niemal dwudziestokilometrowy szlak prowadzi u podnóży znanej z „Władcy Pierścieni” Góry Przeznaczenia. Szliśmy niemal 8 godzin, głównie przez jałowe pustkowia pokryte zastygłą lawą. W pewnym momencie nasz wzrok przykuły 3 szmaragdowe punkty, zupełnie nie pasujące do jednobarwnego otoczenia. Były to małe jeziorka, którym barwę nadają związki chemiczne wydobywające się ze zboczy wciąż aktywnych wulkanów. Mimo tłumu ludzi było warto. Satysfakcja tym większa, że ten tłum ludzi wydał po 35 NZD na osobę za transport do i ze szlaku. A my, po swojemu, autostopem :)

Swoją drogą, osiągnęliśmy chyba mistrzostwo w oszczędzaniu pieniędzy. Na przykład w Queenstown, na wskroś turystycznym miasteczku, które chwali się tym, że wynaleziono w nim Bungee, znaleźliśmy nocleg za darmo. Jak? W namiocie, oczywiście, ale nie na jakimś tam polu, które sobie liczy bagatela 30-35 NZD od osoby (na serio? 70 dolarów za 2 metry kwadratowe ubitej ziemi?!). Chodząc już lekko poirytowani upałem, tłokiem i cenami postanowiliśmy zapytać starszego jegomościa, który siedział sobie na ganku swojego domu i sączył chłodne piwo, czy nie miałby nic przeciwko, jak byśmy rozbili namiot u niego w ogródku. Ten, długo się nie zastanawiając, rzucił „I don’t give a damn” (czyt. Witajcie mili turyści! Świetnie Was widzieć! Oczywiście, możecie skorzystać z mojego podwórka). Zostaliśmy u niego dwie noce, po czym uciekliśmy z tego nieznośnego tłumu, który skutecznie zasłaniał to przyjemne miasteczko (wiem, że przyjemne, bo poprzednio byliśmy przed sezonem; nie polecamy odwiedzać NZ w czasie chińskiego nowego roku). A uciekliśmy nie byle gdzie, bo do Glenorchy – chyba najpiękniejszego miejsca, jakie widzieliśmy w NZ. Malutkie miasteczko położone jest z jednej strony nad tym samym jeziorem, co Queenstown, charakteryzującym się intensywnie niebieskim kolorem. Z drugiej zaś strony, z rozległej doliny wpływa rzeka w kolorze mydlin – takie zabarwienie daje lodowiec, który kilkanaście kilometrów dalej topnieje w letnim słońcu. Oczywiście wszystko to otoczone jest, jakby inaczej, pasmami wysokich gór, których szczyty częściowo pokryte są śniegiem. Peter Jackson kręcił w tych okolicach mnóstwo scen do swojej trylogii. Tam znowu skorzystaliśmy z namiotu, jednak mniej legalnie – przeszliśmy przez rzekę, zanurzeni po kolana w zimnej wodzie, za którą znaleźliśmy dobre miejsce na polanie, między młodymi brzozami. Ciepły, letni wiatr bujał złocistą trawą, obłoki goniły po błękitnym niebie… kolejne dwie noce w raju. Widoki wynagradzały wieczorne chłody.

Wracając jeszcze na wyspę północną - będąc w miejscowości Taupo, po raz pierwszy od dawna zatęskniliśmy za „normalnym” życiem. Taupo to na wskroś turystyczne miasteczko położone nad jeziorem, które powstało w gigantycznym kraterze. Przechadzając się po promenadzie obserwowaliśmy ludzi siedzących z przyjaciółmi w restauracyjnych ogródkach; pijąc piwo śmiali się, przekrzykiwali, zajadali przystawki… Coś, co w Polsce zdarzało się niemal w każdy weekend, teraz wydało się odległe i nieosiągalne. Mawiają „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Tak jest i teraz. Świadomi naszego szczęścia i przygody, tęsknimy czasem za radościami życia codziennego.

Pod koniec stycznia przeprawiliśmy się promem na południową wyspę. Pogoda zauważalnie się zmieniła. Lało bez przerwy, od zmierzchu do południa następnego dnia. Do miasteczka Kaikoura dotarliśmy przemoknięci, zmarznięci i głodni. Na szczęście podwożący nas Czech pracował w barze jako kucharz, więc pokrzepieni ciepłym posiłkiem poszliśmy na drogę do Christchurch. Kolejny kierowca, który nas zabrał, to Tim. Starszy pan z brzuszkiem zaproponował nam nocleg u siebie. Co za szczęście, po tak trudnej nocy mieliśmy wziąć ciepły prysznic i wyspać się w normalnym łóżku! Na tym jednak nie koniec, gdyż Tim okazał się koneserem dobrych alkoholi; zabrał nas do ulubionych barów, gdzie raczyliśmy się różnymi gatunkami whisky, brandy i armaniaków, zagryzając je okruchami wykwintnej, gorzkiej czekolady. Pomyśleć, że 24 godziny wcześniej próbowaliśmy nielegalnie rozpalić ognisko, smagani deszczem i wiatrem, żeby tylko zaparzyć kubek herbaty…

Dzięki odwiedzeniu muzeum Te Papa w Wellington, własnym obserwacjom oraz podróżowaniu autostopem mieliśmy możliwość poznania kilku ciekawych faktów na temat kraju Kiwi. Przykrych faktów. Na przykład prawie wszystkie rzeki w tej „zielonej” krainie są skażone nawozami rolniczymi do tego stopnia, że odradza się zażywania kąpieli. Przemierzając Nową Zelandię zauważyć można ogromne połacie wykarczowanych lasów. Okazuje się, że przez 200 lat swojej obecności, Europejczycy wycięli 75% lasów, zarówno dla pozyskiwania drewna, które do dziś jest istotnym towarem eksportowym, jak i pod hodowlę bydła. Jadąc samochodem obserwować można przepastne pastwiska, które ogrodzone są drutami, żeby owieczki nie pouciekały, przez co ma się wrażenie, że droga prowadzi pomiędzy zasiekami, jakby to ludzie byli w korytarzu, a owce na wolności. Mieliśmy też kilka razy wrażenie, że owce są bardziej uprzywilejowane od turystów jeśli chodzi o szlaki. Na jednym z nich zbuntowaliśmy się i zamiast przedzierać się przez krzaki, przez które prowadził szlak, przeskoczyliśmy przez ogrodzenie i dzięki temu znaleźliśmy się, po chwili spokojnego spaceru, w najlepszym punkcie widokowym całej wyprawy. Później niestety nie było już tak łatwo się stamtąd wydostać, ale to inna historia.

Kolejnym zaskakującym dla nas aspektem był słaby dostęp do internetu. Okazuje się, że jest on bardzo ograniczony. Nawet w hotelach często nałożone są restrykcje i każdy gość otrzymuje karteczkę z kodem umożliwiającym odebranie np. 250 Mb danych czyli tyle, co nic. To samo jest w kawiarniach, czy w innych ogólnodostępnych miejscach. Poza tym na ulicach widać dużo wypożyczalni DVD. Czy w Polsce one jeszcze istnieją?
Mieszkańcy są przemili i spokojni, ale też trochę… nudni. Nawet w największym mieście, Auckland, niewiele się dzieje, życie nocne kończy się o 1, ulice pustoszeją. Nie bez powodów młodzi Nowozelandczycy masowo uciekają do Australii, czy Wielkiej Brytanii. Doszliśmy do wniosku, że na dłuższą metę nie chcielibyśmy tam żyć. No, chyba, że na emeryturze.

Wskazówki, spostrzeżenia, rekomendacje:
Co do cen jedzenia w NZ (stan na styczeń 2016, 1 NZD =2,8 zł.): warzywa i owoce są absurdalnie drogie; niewielka papryka kosztuje 2,5 NZD, czyli ok. 7 zł (za sztukę, nie za kilogram), jabłka najtaniej 3,5 NZD/kg, lokalne wiśnie 13-16 NZD/kg (sic!). Bułka w supermarkecie ok. 70 centów za sztukę, wędliny od dolara za 100g., duży jogurt 1 kg za 4 dolary, wina w promocji od 7 dolarów. Warto robić zakupy w dużych supermarketach, dodatkowo poprosić panią z obsługi o kartę stałego klienta, bo tacy mają dodatkowe zniżki. Obiad przeważnie kosztuje 25 dolarów w niezłej restauracji, w promocji ok. 20; burgery 10-20 w zależności od miejsca; duża kanapka w Subway 10 $ (bodaj jedyna tania opcja na zjedzenie warzyw). Obecnie pizza w Dominos i Pizzahut jest w promocji – małą można zjeść już za 5$. Kawa w kawiarni 4-5 dolarów, ale czasem można znaleźć taką za 3. Generalna zasada dla oszczędnych – szukajcie, a znajdziecie. Warto przejść się po kilku knajpach (najlepiej takich, gdzie przychodzą lokalni), bo można sporo oszczędzić i dostać w zasadzie to samo za mniej. Woda jest wszędzie za darmo, na ulicach są wodopoje, kranówka jest czysta, więc nie warto kupować butelkowanej wody.

Dobra rada, nie tylko podczas podróży, ale też na co dzień: pytaj ludzi o wszystko, proś o pomoc! Balansuj na granicy odwagi i bezczelności, tak jak zrobiliśmy to w Queenstown. Najwyżej usłyszysz: „Nie”. Maja Sontag, polska podróżniczka, doszła do momentu, w którym poprosiła stewardessę o to, żeby zapytała w czasie lotu, czy któryś z pasażerów nie jedzie przypadkiem z lotniska do centrum i nie mógłby jej zabrać. Udało się!

W NZ i Australii świetnie działa relokacja aut – gdy wypożyczalnia ma za dużo pojazdów w jednym mieście, potrzebuje wolontariuszy do przewiezienia ich do innej lokalizacji. Zrobiliśmy to dwa razy – za pierwszym razem jedyną opłatą było paliwo, za drugim – bak był wliczony, więc nie zapłaciliśmy ani grosza (tudzież centa) za przejechanie 600 km nowym autem. Nie wiem czy z braku wystarczająco mocnych doznań, czy z chęci naciągania szczęścia, końcówkę trasy jechaliśmy z duszą na ramieniu, upierając się, że nie zatankujemy, mimo iż komputer pokładowy już dawno wskazywał, że paliwa starczy na 0 km. Na oparach, ledwo, ale udało się! Jeśli masz trochę czasu, relokacja aut to znakomita opcja na podróżowanie po antypodach.

Noclegi. To długi rozdział, gdyż baza noclegowa NZ jest niebywale rozbudowana. Dopisało nam wielkie szczęście, gdyż podczas pobytu w większych miastach (Auckland, Taupo, Wellington, Queenstown) mieliśmy, można powiedzieć, sponsora. Hostele BASE doceniają podróżników, wiedzą jak z nimi współpracować, a także mają bardzo dobre warunki i świetne lokalizacje. Dlatego bez skrupułów możemy Wam je polecić. Personel pomaga zorganizować wszystkie wycieczki, niekiedy udzielając zniżek; pokoje są czyste, klimat młodzieżowy, generalnie – trzymają poziom. Nie należą jednak do najtańszych rozwiązań, dlatego np. w Auckland sprawdziliśmy również hostel Choice (również dobrze położony, z wygodnym, choć głośnym pokojem). Poza dużymi miastami często zdawaliśmy się na łaskę naszych kierowców. Np. z Nelsona jechaliśmy razem z Robem, który zabrał nas do malutkiego hostelu o nazwie Rawhiki w miasteczku Geraldine. Gdyby nie Rob nie mielibyśmy pojęcia o istnieniu takich miejsc. W NZ można znaleźć niewielkie hostele z domową, rodzinną atmosferą, którą tworzy zagraniczna młodzież pracująca w pobliskim sadzie, czy na farmie. Hostele, w których właściciel zna wszystkich mieszkańców z imienia, razem z nimi spędza wieczory i co tydzień robią wspólnie pizzę. A my zajadamy się nią razem z nimi, bo szczęście znów nam sprzyja i trafiamy właśnie na ten dzień.

W kwestii darmowych kempingów bardzo przydatna jest aplikacja WIKICamps, która pokazuje na mapie wszystkie dostępne w okolicy pola namiotowe. Działa świetnie, również offline. Jest ona swego rodzaju niezbędnikiem podróżnika. Korzystając z niej warto też czytać komentarze użytkowników, można się z nich dowiedzieć dodatkowych ciekawostek. Np. w Waitomo dzięki aplikacji znaleźliśmy świetną knajpkę Roselands, gdzie już za 10$ można zjeść znakomity gulasz w opcji „jedz ile chcesz”.

Z całego wachlarza owych baz noclegowych na czołówkę wyłaniają się ulubione w NZ tzw. Lodge. Jest to rodzaj noclegu o znacznie wyższym standardzie niż opisane wyżej. Niekiedy jednak warto pozwolić sobie na dozę prawdziwego luksusu. I tak pod koniec naszej podróży zdecydowaliśmy się na nocleg w The Glenorchy Lodge, które jest chyba najciekawiej położonym hotelem, w jakim dane nam było nocować.

Nowa Zelandia to najpiękniejszy kraj, w jakim byliśmy. Spędziliśmy wiele nocy w namiocie, na łonie natury, z dala od cywilizacji, wsłuchując się w szum rzek i bzyczenie pszczół, podziwiając fenomenalne zachody słońca i najczarniejsze nocne niebo usiane gwiazdami, oddychając pełnią wolności. Podróżowaliśmy autostopem poznając dobrych, ufnych ludzi, którzy mimo niechlubnej historii próbują ratować przyrodę i dbać o nią. Prowadzą spokojny, wolny od zmartwień żywot w tym dobrze rozwiniętym, odizolowanym od reszty świata kraiku. Takie tolkienowskie Shire. Na razie nie planujemy tam wracać, zbyt dużo świata jeszcze jest do zobaczenia, ale na starość… kto wie?


Przydatne linki:
1. Hostel Choice, Auckland: http://hostelnz.co.nz
2. Restauracja, Waitomo: http://www.roselandsnz.com/
3. Aplikacja z kempingami: http://nz.wikicamps.co/
4. Hostel Base Taupo: http://stayatbase.com/hostels/new-zealand-hostels/base-taupo
5. Hostel Base Wellington: http://stayatbase.com/hostels/new-zealand-hostels/base-wellington
6. Hostel Rawhiti, Geraldine: http://www.rawhitibackpackers.com/
7. Lodge, Glenorchy: http://www.thelodgeglenorchy.co.nz/
8. Transfer aut: https://www.transfercar.co.nz/

Jędrek (i trochę Marta)
Trwa ładowanie komentarzy...