Miesiąc w Wietnamie

Pola ryżu są wszędzie.
Pola ryżu są wszędzie.
Przed przyjazdem do Azji nie byliśmy tak przestraszeni, jak przed Ameryką Południową. Znamy już te klimaty, wiemy z czym to się je. Za wcześnie jeszcze, żeby porównywać kraje latynoskie (widzieliśmy tylko kilka) z Azją, bo trudno, żeby Wietnam reprezentował cały kontynent, ale nie zabraknie kilku odniesień.

Odważnie rzuciliśmy się od razu na głęboką wodę - wylądowaliśmy w Ho Chi Minch City, czyli dawnym Sajgonie. Wygląda to niesamowicie – wąskie budynki chaotycznie wciśnięte jeden obok drugiego, czarne kable wiszące nad ulicami, setki, tysiące, miliony skuterów (dokładnie 6 milionów). Z prawie każdego drzewa zwisają światełka choinkowe, oczy rażą kolorowe neony. Wygląda to tandetnie, ale wesoło. Jest tłoczno, głośno, powietrze spowite jest gęstym smogiem, albo mgłą, albo jednym i drugim. W końcu, po trzech miesiącach na Antypodach, stać na wszystko. Nie odmawiamy sobie dobrych restauracji, taksówek, czy piwa. To miasto wciąga, jednak nie ma co tam za długo siedzieć, uciekamy więc do delty Mekongu. Tu mamy pierwszą styczność z wiejską społecznością, tutaj widzimy, co oznacza życie w skrajnej nędzy – rozlatujące się konstrukcje z przerdzewiałej blachy chwieją się na wątłych palach wystających z błotnistej wody. Kobieta robi pranie w brudnej rzece, do której sąsiad obok wylewa pomyje. Z drugiej zaś strony widać małego chłopca z prowizoryczną wędką, zrobioną z kawałka bambusa i żyłki. Oczywiście w takiej scenerii nie może zabraknąć śmieci, całych ton śmieci… wszędzie plastikowe butelki i opakowania, resztki jedzenia, ubrań, wszystkiego; unoszą się na powierzchni, dryfując powoli w stronę morza. O ile widok przykry, to niestety znajomy – nie tak różny od panamskiego Almirante.

Niemniej to nie ludzie wzbudzili w nas największy żal. Jeszcze smutniej nam się zrobiło, kiedy dotarliśmy do jednej z restauracji. Przygotowywali tam różne lokalne potrawy, wśród nich były węże, myszy, żółwie, krokodyle, ropuchy, jeżozwierze… Wszystkie te zwierzęta, wciąż żywe, trzymane są w ciasnych, betonowo-metalowych klatkach, czekając, aż ktoś je zamówi. Na własne oczy widziałem, jak pan wrzucał na grilla żywą rybę, która wiła się na ruszcie w niewyobrażalnej agonii. Innym razem widzieliśmy na targu wędzone psy na sprzedaż. Barbarzyński sadyzm, przeciw któremu możemy się postawić jedynie zamawiając miskę ryżu z samymi warzywami. Dodatkowo w wielu miejscach widoczne są klatki z ptakami, te jednak trzymane są w niewoli „tylko” ze względu na piękny wygląd i głos.
Cóż, co kraj, to obyczaj. Nie mając wiele do powiedzenia w tym temacie staramy się dostrzec pozytywy w innych aspektach.

Przemieszczając się z południa na północ odwiedzamy kolejne miasta i wsie. Było wśród nich Hoi An, godne polecenia ze względu na piękną starówkę, wpisaną na listę UNESCO. Spacerowaliśmy sobie po cichych uliczkach (bodaj jedyne miejsce w kraju, do którego skutery i samochody mają zakaz wjazdu) ozdobionych licznymi lampionami, które po zmroku tworzą bardzo przyjemny klimat. Miejsce to znane jest jako stolica krawców, czego trudno nie zauważyć mijając liczne stoiska wypełnione marynarkami, spodniami i wieloma sukniami. Uległem namowom i pozwoliłem sobie skroić kaszmirowy garnitur. Tu również mieliśmy szansę zażyć luksusu. Dzięki uprzejmości świetnego managera hotelu Mercure Hoi An Royal mogliśmy nie tylko porządnie się wyspać, popływać w basenie, zjeść przepyszne śniadanie, ale również odwiedzić te części hotelu, które nie są jeszcze otwarte dla wszystkich gości. W porównaniu do innych miejsc na świecie, jeżdżąc po Azji można sobie pozwolić na wyższy standard z uwagi na znacznie niższe ceny. Doszliśmy do wniosku, że przy tak tanich połączeniach lotniczych, jakie można czasem znaleźć w sieci, wakacje w Wietnamie nawet w tak dobrym hotelu jakim jest Mercure mogą być tańsze niż wypad np. do Władysławowa.

Uff, robimy się zmęczeni. Mając nadzieję na ucieczkę od tłocznych i głośnych miast dojechaliśmy do pewnego parku narodowego, położonego pośrodku kraju. Niestety, na miejscu okazało się, że w parku tym właściwie nie ma żadnych szlaków pieszych. Są co prawda jaskinie, ale do nich trzeba dojechać skuterem, albo wykupić zorganizowaną wycieczkę. Nie ma jako takiej możliwości „zgubienia się” w dziczy, wdrapania na jakiś szczyt, czy zwyczajnego pójścia na spacer. W innym parku, na wyspie Cat Ba w słynnej zatoce Ha Long, szlak prowadzi betonowymi schodami na górkę, a jego przejście zajmuje niespełna dwie godziny w dwie strony. Nijak to się ma do znakomicie przygotowanej pod tym względem Nowej Zelandii.

Na tej wyspie, tuż po przyjeździe, dowiedzieliśmy się o świetnej akcji, którą organizował właściciel lokalnego hoteliku. Otóż zbierał on grupę wolontariuszy, aby następnego dnia popłynąć na jedną z pobliskich plaż i zebrać zalegające tam śmieci. Podczas naszej podróży spotkało nas tak wiele dobrego, że postanowiliśmy jakoś się odwdzięczyć sprzyjającemu losowi, dlatego bez namysłu zapisaliśmy się na listę chętnych do pomocy. Nasze działania przyniosły szybki rezultat – wielka góra śmieci została zabrana z pięknej plaży. Obawiam się jednak, że bez konkretnej edukacji w szkołach efekty naszej pracy szybko znikną.

Małe wioski i zabudowania ciągną się wzdłuż każdej drogi. Wietnam to kraj komunistyczny, ale wolność gospodarcza jest większa, niż w Polsce (nie ma miliarda przepisów, kas fiskalnych, sanepidu i innych tego typu instytucji, z jednej strony potrzebnych, z drugiej - uciążliwych; jak ktoś chce prowadzić biznes, to po prostu to robi), dlatego w prawie każdym domu znajduje się punkt gastronomiczny, sklepik, czy mała kawiarenka. Popularny „street food” to przeważnie robione na szybko kanapki z jajkiem i warzywami, małe szaszłyki z bóg wie jakiego mięsa, różnego rodzaju placki i sajgonki. Wszędzie też można dostać (naszym zdaniem) pyszną kawę, gdyż… Wietnam jest drugim na świecie, po Brazylii, producentem kawy. W zależności od jakości kawiarni (grubości brudu na ścianie i ilości karaluchów) kawa kosztuje od 8.000 do 30.000 dongów, czyli 1.5 zł do 5.2 zł.

Wietnam to państwo skuterów. Samochody są obłożone dwustuprocentowym podatkiem, dlatego mało kto może sobie na nie pozwolić i jest ich niewiele, co nie zmienia faktu, że w dużych miastach jeżdżą najnowsze modele porsche czy rollce-royce’a. Na ulicach obowiązuje tylko jedna, obłędna zasada – wygrywa najsilniejszy. Nie ma dróg podporządkowanych, skrzyżowań równorzędnych, ustępowania pierwszeństwa… O, nie! Tu panuje prawo dżungli – autobusy i ciężarówki pędzą na złamanie karku ostrzegając klaksonem innych, że nie zamierzają zwolnić. Następne w „łańcuchu pokarmowym” są osobówki, które równie śmiało pomykają środkiem, albo pod prąd. Na końcu pozostają skutery, które tłoczą się przy krawędzi drogi (nieważne, z której jej strony), byle tylko nie zostać rozjechanym przez psychopatycznego kierowcę ciężarówki, czy „pks-u”. Prawie wszystkie pojazdy mają zmodyfikowane klaksony na trąbki pneumatyczne, żeby robić więcej hałasu. Doszliśmy do wniosku, że maszyniści, ze względu na potężną syrenę montowaną w lokomotywach, są chyba najdumniejszymi spośród wszystkich osób podróżujących po kraju. Ciekawe jest też to, że w tym chaosie jest metoda i mimo ignorowania wszystkich możliwych przepisów (zielone światło – jedź śmiało; żółte światło – jedź śmiało; czerwone światło – trochę zwolnij), nie widzieliśmy tu wypadków. Ludzie są cierpliwi i nie denerwują się, gdy ktoś zajedzie im drogę, gdyż nagłe wtargnięcie na ulicę to naturalny sposób włączania się do ruchu.

Skutery to nie tylko środki transportu ludzi. Wietnamczycy wożą na nich absolutnie wszystko. Widzieliśmy lodówki, telewizory, pralki, wielkie wazy. Widzieliśmy jak robią sobie z nich lóżka, czy stragany z rybami, kapeluszami, kwiatami. Da się? Da się! Jest nawet cała „skuterowa moda” z pelerynami na pojazdy w różnych kolorach i kształtach.
W trakcie naszego pobytu w Sajgonie na jednym z polskich portali informacyjnych przeczytaliśmy informację o tym, że jakiś ojciec wiózł na skuterze dziecko, które stało tuż za kierownicą i nie miało kasku. U nas szok i niedowierzanie, tutaj jest to standardowy sposób wożenia podopiecznych. Sami często wypożyczaliśmy sobie skuter (17 zł/ dzień). Bez ubezpieczenia, dokumentów, umów – po prostu ustalasz cenę, dostajesz kask i jedziesz. Jest to najlepszy sposób na zwiedzanie zarówno miast, jak i okolicznych atrakcji.
Obserwując ludzi trudno nie zauważyć, że wszyscy chodzą w maskach. Nie wiem, czy faktycznie oczyszczają one wdychane powietrze, ale na pewno są elementem mody. Można spotkać jednobarwne, w kratkę, w groszki, także upstrzone w różne motywy, np. dziecięce są w myszkę Miki; stały się one częścią stroju i dopasowuje się je do reszty ubrania.

Ku naszemu zaskoczeniu ludzie są bardzo mili. Spotykamy się z wieloma uśmiechami i zainteresowaniem; zdarzało się, że robili sobie z nami zdjęcia - byliśmy dla nich większą atrakcją, niż oni dla nas. Małe dzieci często krzyczały do nas „Hello!”. Dla Wietnamczyków problem to nie problem; wszystko da się załatwić, dogadać, pomóc. Gdy w barze poprosiliśmy o orzeszki do piwa, nikt nie mógł nas zrozumieć, ale jeden z tubylców zaczął dzwonić do swojego znajomego, który mówi po angielsku, drugi w tym czasie wyjął telefon z tłumaczem angielsko-wietnamskim. W załatwienie orzeszków zaangażowanych było dwóch klientów baru, właściciel i jego żona… podejrzewam, że jeszcze sołtys i proboszcz. Niby normalna sprawa, ale w Boliwii nie było to takie oczywiste.

Ponieważ podróżowaliśmy z południa na północ, ostatnim miejscem, jakie odwiedziliśmy, było Hanoi, z którego mieliśmy samolot do Bangkoku. Stwierdziliśmy, że bardziej podoba nam się na południu – mieszkańcy częściej mówią po angielsku, ceny są niższe, w Sajgonie jest więcej parków i skwerów, niż w Hanoi… Jest bardziej europejsko. Nasza opinia może jednak wynikać ze zmęczenia; hałas, brud i brak przyrody wyssały z nas dużo energii i z każdym następnym dniem mieliśmy coraz mniej sił na zwiedzanie i zachwycanie się tym krajem. Szkoda, że parki narodowe nie są przystosowane do zwiedzania ich przez pieszych, bo byłyby dobrą odskocznią od zatłoczonych aglomeracji.

Przed przyjazdem do Wietnamu nastawialiśmy się na powtórkę z Peru, czy Boliwii. Na miejscu okazało się, że jest znacznie lepiej – ludzie, choć żyją w strasznych warunkach i nie dbają o przyrodę, uśmiechają się dużo i są życzliwi. Gospodarka kraju, mimo że komunistycznego, wydaje się mieć więcej wolności i swobody, niż nasz demokratyczny „wolny” rynek, ograniczony niezliczonymi regulacjami i przepisami, a dodatkowo skrępowany skomplikowanym systemem podatkowym. Oczywiście kraj ten jest zacofany i biedny, ale tu jeszcze nie zapomnieli, że istnieje coś takiego jak „zdrowy rozsądek”. Moim zdaniem nasze narody mogłyby się od siebie wiele nauczyć.

Jędrek
Trwa ładowanie komentarzy...