Zmieniając na chwilę temat...

Wracamy do innego świata… niestety. Opuściliśmy Polskę (Europę) w momencie gdy nic jeszcze nie zapowiadało zmian, które przyszły. Wydawało mi się, że rok to w zasadzie bardzo niewiele czasu. Cóż takiego może zdarzyć się przez 12 miesięcy? Przecież nic się nie zmieni – powtarzałam sobie przed wyjazdem.

Nie dość, że zmieniło się sporo kwestii w życiu prywatnym, to zmienił się w zasadzie cały „świat”, który opuściliśmy. Zmieniła się znacząco nasza, polska rzeczywistość (nie chcę wchodzić w kwestie polityczne, ale jakie zmiany są, każdy wie). Inna jest też cała Europa.

W trakcie naszej podróży wydarzyło się na starym kontynencie bardzo dużo złych rzeczy. Ilekroć mamy okazję pogawędzić z nowopoznanymi podróżnikami, rozmowa zawsze schodzi na ten sam temat. Słyszeliśmy wiele opinii, wiele różnych obaw, wiele różnych (najczęściej przerażających) historii z życia ich i ich bliskich. Jedno w tych wszystkich wypowiedziach było identyczne – poczucie strachu o to, co dalej... Po zamachach w Paryżu padały pytania, gdzie będzie następny atak; teraz, gdy znamy odpowiedź, znów pytamy i obawiamy się, czy tym razem padnie na nasz kraj.

Strach jest wracać… to coś, czego nigdy bym się nie spodziewała. Mój dom, mój niewielki skrawek świata zamienił się w niebezpieczną krainę. I piszę tu o całej Europie, nie tylko o Polsce. Bo jestem obywatelką Unii Europejskiej i siedząc na piwie pośrodku tajlandzkiej wioski z grupą młodych podróżników wszyscy czujemy się Europejczykami.

Nigdy nie ciągnęło mnie do polityki, nie lubię polityki, polityków i całego tego bałaganu, ale mimo wszystko zawsze wierzyłam, że ktoś nad nami czuwa. Nad nami, obywatelami. Czemu to czuwanie zawodzi? Wiem, że sytuacja związana z uchodźcami/ imigrantami jest bardzo skomplikowana. Mam świadomość, że spór na Bliskim Wschodzie jest dla mnie nie do ogarnięcia (zbyt dużo stron, zbyt wiele sprzecznych interesów, zbyt mało mam z tym wspólnego). Nie jestem w stanie czytać większości artykułów, które pojawiają się w tej sprawie, gdyż nie wierzę w ich rzetelność – media przestały być dla mnie wiarygodne w przeciwieństwie do historii poznanych w trakcie naszej podróży, jak pisałam wyżej – z pierwszej ręki. Wiem tylko, że jednym z efektów braku konkretnego działania ze strony tych, którzy mieli czuwać, jest fakt, iż nie wiem przez które lotnisko najbezpieczniej lecieć do domu. Bo lotniska ostatnio wybuchają. Bo siedzenie w kawiarni stało się czynnością ryzykowną. Jak to się stało, że znaleźliśmy się w takiej sytuacji? A co najważniejsze – kto i co z tym zrobi?

Nie znam się na wielu rzeczach, dlatego nie próbuję tu nawet rzucać pomysłem na rozwiązanie tej bardzo skomplikowanej sytuacji. Nie stoję po żadnej ze stron. Nie wyobrażam sobie zawracać wpływające do Europy łodzie, ale nie jestem też zwolenniczką scenariusza „przygarnijmy ich wszystkich”. Na szczęście nie ja muszę znać odpowiedź, nie moim zadaniem jest decydować jak przywrócić w Europie spokój. Po to mamy te „mądre głowy” na górze, żeby to one zadziałały w najlepszym dla nas interesie. Znów powtórzę – nas Europejczyków, nie Polaków, bo jedno jest pewne – sytuacja dotyczy NAS WSZYSTKICH.

Jeżdżąc po świecie od roku bardzo doceniłam europejski styl życia. To co udało nam się osiągnąć przez lata pokoju, to jak udało nam się rozkwitnąć. Chciałam do tego wrócić, zatęskniłam bardzo. Czy mogę więc prosić „wielkich tego świata” by znaleźli dla nas rozwiązanie? Byśmy się nie bali, żebyśmy dalej mogli rozwijać się i tworzyć wspólnie piękną, mądrą krainę.

Wiem, że jest kilka osób, które czytają nasze przygody – wybaczcie tak drastyczną zmianę tematu, ale nie mogłam się powstrzymać. Chciałam skorzystać z tego, że zebraliśmy wokół siebie małe grono odbiorców i pokazać trochę inny tok myślenia: to nie nasza rola, aby wiedzieć, co zrobić w tak trudnej i ciężkiej sytuacji. Nie ma sensu przepychać się i przekrzykiwać w racjach, w skrajnych opiniach. Nie powinniśmy się teraz dzielić.

Naszą rolą jest zmobilizować tych, którzy są władni podejmować decyzje. Niech się w końcu wydarzy coś konstruktywnego, bo zrzucanie bomb tam i przyjmowanie bomb tu, to żadne rozwiązanie…

Marta
Trwa ładowanie komentarzy...